Co mnie obchodzi rozporek prezydenta?
autor: Martyna Bildziukiewicz dnia 16.sty.2010, kategoria: Społeczeństwo

Tiger Woods - do niedawna wielbiony przez tłumy fanów golfa na Świecie. Dziś nikt nie poda go za wzór.
Amerykański ideał sięgnął bruku. Największa światowa gwiazda golfa, a jednocześnie zbiór wszelkich cnót w jednej osobie, przykładny mąż i ojciec, stawiający rodzinę na pierwszym miejscu – okazał się być „zwykłym”, słabym człowiekiem. Tiger Woods, który przez lata kariery sportowo-medialnej wygrzał sobie miejsce w świadomości Amerykanów w szufladce „wzór”, w każdym wywiadzie podkreślający, jak ważna jest dla niego rodzina – od lat zdradza swoją żonę na prawo i lewo. Ameryka zadrżała i z lękiem poszukuje nowych wzorców. Wycofali się sponsorzy, firmy wykorzystujące wizerunek Tygrysa (może zmieni imię na Ogier?) pozrywały kontrakty – w trosce o swoją reputację. Wiadomo przecież, że kto popełni czyn społecznie odbierany jako niemoralny, nie ma prawa bytu w życiu publicznym Ameryki.
Skoro już o Ameryce i moralności, nie sposób nie wspomnieć o Billu Clintonie, który mimo ośmioletniej kadencji prezydenta USA i całkiem wartościowego dorobku politycznego, przez większość z nas zostanie zapamiętany z perspektywy rozporka i tego, co z tym ostatnim robiła jego stażystka. Podobno na dochodzenie w sprawie Clinton-Lewinsky wydano więcej niż na dochodzenie w sprawie ataku na WTC – czyż to nie piękny obraz tego, na czym skoncentrowana jest uwaga społeczeństwa?
Po godzinach
Dlaczego moralność odgrywa tak dużą rolę w życiu publicznym? Dlaczego nie oddzielamy skuteczności w sprawowaniu funkcji od orientacji seksualnej, upodobania do perwersji czy innych, nazwijmy to, niszowych zainteresowań, które nie wpływają przecież na jakość pracy osobnika?
Moim ulubionym przykładem tego, jak absurdalne rzeczy można robić pod szyldem obrony moralności i dobrego imienia jest przypadek Maxa Mosleya. Sprawny i popularny prezes Międzynarodowej Federacji Samochodowej w 2008 r. pod presją członków organizacji złożył dymisję – po tym, jak jeden z tabloidów opublikował jego zdjęcia w czasie orgii. Ktoś, kto po godzinach spełnia swoje seksualne fantazje, nie może przecież organizować wyścigów Formuły 1 – logiczne, prawda?
Społeczeństwo nie przepada też za homoseksualistami, nawet w tolerancyjnej Wielkiej Brytanii. Poparcie dla Michaela Portillo, bardzo popularnego w pierwszej połowie lat 90. członka rządu Johna Majora, spadło na łeb na szyję, gdy ministrowi wymknęło się onegdaj, że w czasach studenckich przeżył przygodę seksualną z kolegą. Stracił i tekę w rządzie, i „oddanych” wyborców.
W opozycji do stróżów moralności wydaje się być społeczeństwo francuskie. Nie tylko z radością zagląda ono pod kołdrę swoim politykom i celebrytom, ale na dodatek przychylnie, a co najwyżej obojętnie, ale na pewno bez negatywnego nacechowania patrzy na miłosne perypetie Sarkozy’ego czy nieślubne dzieci Mitteranda. Krzysztof Kłopotowski, co prawda przy innym temacie, słusznie jednak zauważył, iż takie nastawienie Francuzów jest zapewne wynikiem ich dworskiej kultury, gdzie intryga polityczna bez wymiaru erotycznego praktycznie nie istniała, a do historii przeszły damy, które po rzezi hugenotów w Paryżu w roku 1572 wybiegły nocą grzebać trupom w spodniach przez ciekawość.
Sukienka a sprawa polska
W tym zakresie nam, Polakom, bliżej do wzorców amerykańskich niż francuskich. Tabloidy potrafią rozdmuchać krótką rozmowę premiera z jakąkolwiek kobietą do potencjalnej zdrady małżeńskiej, a co gorsza – na tego typu historie jest popyt. Jakiemuż linczowi internautów został poddany Radosław Sikorski, gdy sprzeciwił się ekstradycji Romana Polańskiego! Jak długo media i ich odbiorcy debatowali o tym, czy feralna „przyjaciółka” Piesiewicza należy do kobiet lekkich obyczajów i jak w czambuł potępiono słabość reżysera do – niewinnych przecież – przebieranek…
Poruszyłam dwie kwestie – (niezdrowe) zainteresowanie czyimkolwiek życiem prywatnym poza własnym i własnych bliskich oraz dawanie sobie prawa do oceny tegoż. Nie rozumiem ani jednego ani drugiego zjawiska. Nie przestanę śpiewać pod prysznicem piosenek George’a Michaela, bo znaleziono u niego narkotyki bądź przyłapano na homoseksualnych praktykach w publicznej toalecie – nie ze względu na moje liberalne podejście do jednego i drugiego, lecz przez to, że interesuje mnie jego muzyka, a nie życie prywatne. Z tym ostatnim może robić, co mu się żywnie podoba.
Nie mam nic przeciwko temu, że senator ubierał się w sukienki i malował usta w domowym zaciszu, skoro sprawia mu to radość i nie rzutuje – a moim zdaniem nie rzutuje – na jego pracę artystyczną i funkcję senatora. Nie przestanę powracać do „Dziecka Rosemary” czy „Dziewiątych wrót”, bo ich reżyser stanie przed sądem w sprawie o gwałt. Berlusconi mierzi mnie nie dlatego, że ma słabość do prostytutek i niewiarygodnie wielkie „parcie na szkło”, ale dlatego, że spędza kadencję na uśmiechach, okrzykach i ściskaniu rąk, a nie na sprawnym rządzeniu krajem o ogromnym potencjale.
Żeby wszystko było jasne – nie pochwalam zdrad małżeńskich. Gdyby mój chłopak skorzystał z usług call girl (choć chełpliwie śmiem twierdzić, że nie sądzę, by musiał w ten sposób zaspokajać swoje potrzeby), zostałby natychmiast wymieniony na inny model. Jednak moje poglądy nie mają tu żadnego znaczenia. Można być zarazem światowej klasy sportowcem i istotą moralnie wątpliwą. Można swoimi przemówieniami porywać pół Ameryki i położyć duże zasługi dla światowego pokoju, a jednocześnie w afekcie chować się po korytarzach Białego Domu ze stażystką, krzywdząc swoją rodzinę. Nie obchodzi mnie, jak Krzysztof Piesiewicz spędza czas poza senatem – chyba, że na swoje rozrywki wydaje pieniądze podatnika. I nie mam prawa grzebać mu w śmietniku ani sprawdzać, co lub kogo ma w łóżku.
Sportowców kochamy za ich tężyznę fizyczną, za osiągnięcia, więc być może łatwiej wybaczamy im moralne niedociągnięcia. Artystom generalnie więcej wolno, bo niejako w zawód wpisane mają prowokowanie oraz szeroko pojętą wolność, nie tylko artystyczną. No i nigdy nie wiadomo na pewno, gdzie zaczyna się ich życie prywatne, a gdzie kończy artystyczna praca. Bardziej srogo należałoby oceniać polityków – to w końcu nasi przedstawiciele, często sami operujący pojęciem moralności, wykonujący zawód zaufania publicznego… a jednak okazuje się, że ich wszystkich można wrzucić do jednego worka z napisem LUDZIE. I pozwólmy im być ludźmi.




6 kwietnia 2010 o godz. 20:25
Dobry artykuł. Szkoda tylko, że pisze Pani o prywatności i o tym, że to co w alkowie powinno tam pozostać, a potem raczy nas Pani nawiązaniem do swojego życia seksualnego. Subtelnym wprawdzie, ale zawsze. Gratulujemy chłopaka oczywiście. Ale jako publicystka, pisząca w dodatku na taki temat, strzeliła Pani sobie trochę w piętkę. Niepotrzebnie.
Pozdrawiam
Ka.